Menu / szukaj

Stenia Waniek – Świadectwo

Niedawno minął rok od mojego pierwszego dnia choroby. Teraz po takim czasie jako osoba zdrowa wspominam moje cierpienie jak kobieta, która patrząc na swoje umiłowane dziecko nie pamięta bólu, który towarzyszył narodzinom tej cudownej istoty. Dlatego jestem wdzięczna Bogu, że teraz mogę o tym wszystkim co przeżyłam opowiadać z radością. Wiedząc, że Bóg nad wszystkim czuwał i przez wszystko mnie przeprowadził aby w moich słabościach i niemocy objawiała się Jego potęga i siła.

To był szczególny dla mnie dzień, gdyż w tym dniu rozpoczęłam „kurs pielęgniarki środowiskowej” w Katowicach. Byłam podekscytowana faktem, że muszę tak daleko (50 km w jedną stronę) jeździć zwłaszcza, że jestem osobą, która nie lubi zbytnio podróżować. Po trzech dniach wykładów zauważyłam, że zaczyna się coś dziać z moją szyją. Mimowolne ruchy głową w lewą stronę sprawiały mi dyskomfort. Byłam przekonana, że przewiało mnie w podróży. Postanowiłam pójść do lekarza. Pracując w przychodni nie miałam zbytnich trudności z dostępem do lekarza. Neurolog, z którym pracuję przyjrzał mi się, zbadał mnie i ze spokojem oznajmił mi, że wygląda to na „dystonię szyjną”. Diagnoza nic mi nie mówiła. Widząc moje spojrzenie wyjaśnił mi, że jest to rzadka choroba objawiająca się mimowolną pracą mięśni (może dotknąć każdej części ciała) w moim przypadku była to szyja. Czekałam na pomoc z jego strony licząc na lekarstwo, które tą chorobę zlikwiduje. Niestety kontynuując swoją wypowiedź oświadczył mi, że jest to choroba nie uleczalna i będzie postępować. Tego się nie spodziewałam, byłam przekonana że się myli. Tym bardziej, że rokował mi pogorszenie i trudności w życiu codziennym. Nie trzeba było długo czekać, z każdym dniem moja głowa szarpała się coraz bardziej. Potrafiłam jeszcze pracą mięśni przywołać ją do właściwej pozycji.

Kontynuowałam kurs, ale słowa, które usłyszałam kołatały w mojej głowie. Jestem od wielu lat osobą wierzącą i wiedziałam, że tylko Bóg może mi pomóc. Stawałam przed moim Panem płacząc i prosząc o pomoc nie wiedząc, że to dopiero początek mojego doświadczenia. Chociaż czułam smutek i bezradność to Bóg nie zostawił mnie samej w cierpieniu. Mój mąż i nasz dwójka małych dzieci widząc mój stan fizyczny modlili się o mnie, z mężem pościliśmy regularnie. Od samego początku mojej choroby była przy mnie moja przyjaciółka Viola. To właśnie ją Bóg usposobił aby mnie wspierała dobrym słowem i modlitwą. Mimo że dzieli nas prawie 400 km nie było to przeszkodą abyśmy się mogły wspólnie modlić czy pocieszać. Położyłam się do szpitala neurologicznego na 3 tygodnie, aby została postawiona diagnoza. Mój Pan stawiał na mojej drodze zawsze życzliwe mi osoby. Wiedziałam że pomimo całej mojej słabości moją siłą jest Jezus. Uchwyciłam się nadziei, która jest w Bożym słowie nadziei zawartej w słowach Psalmu 103;3-4

„On odpuszcza wszystkie winy twoje,
leczy wszystkie choroby twoje.
On ratuje od zguby życie twoje.”

Każdej osobie, lekarzowi, czy znajomym wyznawałam, że jestem dzieckiem bożym, a to co mnie spotkało jest dla mnie doświadczeniem, przez które mnie mój najlepszy Niebiański lekarz przeprowadzi. Lekarz, który mnie przyjmował, a następnie opiekował się mną przez cały czas mojego pobytu w szpitalu słysząc moje słowa był dla mnie życzliwy. Przez okres pobytu w szpitalu wykonano mi różne badania: tomografy, rezonanse, nakłucia lędźwiowe, EEG itp., w wynikach których nie było najmniejszych zmian. Dla mnie było to kolejne potwierdzenie wysłuchanej modlitwy, w której prosiłam Pana aby w wynikach nie było żadnych zmian. W swojej nieświadomości nie wiedziałam, że tak właśnie diagnozuje się dystonię. Chorobę, która ma objawy, ale nie wiadomo gdzie jest jej ognisko. Wyszłam ze szpitala z wypisem w ręku potwierdzającym diagnozę. Moja szyja była zmęczona i obolała. Do podtrzymywania głowy używałam już rąk. Prace codzienne były dla mnie wielkim wyzwaniem, a zarazem udręką. Aby obrać ziemniaki, czy zrobić kanapki musiałam głowę opierać o szafkę żeby móc chociaż na chwilę patrzeć w jedno miejsce. Było mi ciężko. Nie było dnia aby łzy nie spływały mi po policzkach.

Jezus stale był przy mnie, każdego dnia pocieszał mnie swoim słowem. W czasie modlitwy odczuwałam błogi pokój, który wypełniał moje zmęczone serce. Był to czas kiedy Bóg przemawiał do mnie w sposób szczególny. Nigdy nie pytałam dlaczego to wszystko przechodzę. Mój stan duchowy i moje postępowanie przed chorobą nie było właściwe. Wiedziałam, że to jak żyłam nie podobało się Bogu. Jednak złożyłam swoją nadzieję i ufność w Nim. W Tym, w którego ranach i sińcach było moje uzdrowienie. Czas, w którym stawałam przed moim Panem był dla mnie cudowny, pełen oczekiwania, nigdy nie odchodziłam nie nakarmiona. To mój Bóg przypominał mi kim dla Niego jestem i co dla mnie zrobił i co będzie robił. W pracach codziennych też nie zostałam sama. Bóg poruszył serce mojej mamy, która była ze mną 5 dni w tygodniu chociaż ma trudną sytuację w swoim domu. Moi rodzice byli świadkami mojego doświadczenia od momentu choroby aż do uzdrowienia. Był to czas dla mojej mamy błogosławiony, w którym jej serce zostało dotknięte i poruszone. Efektem tego było przyjęcie przez nią Pana Jezusa do swojego serca.

Wiele osób w różnych miejscach wspierało mnie w modlitwach. Bracia i siostry w moim zborze modlili się o mnie i pościli, wspierali mnie życzliwością i dobrym słowem. Mijały tygodnie, byłam cały czas na zwolnieniu lekarskim. Kłopotem było dla mnie wyjście po zakupy czy po chorobowe. W przychodni, w której pracuję jestem dla wielu lekarzy i współpracowników świadectwem. Wszyscy mnie żałowali i dawali wiele rad między innymi, aby udać się do innych specjalistów, a nawet do „leczących chińczyków”. Usłyszałam nawet, że niektórzy poszliby nawet do „cudotwórców” na moim miejscu. Ale ja zawsze tak samo odpowiadałam, że „będę zdrowa bo moja nadzieja jest w Jezusie Chrystusie, w Słowie Bożym, które jest obietnicą dla tych, którzy wierzą i ufają jedynemu prawdziwemu Bogu. Przyszedł czas, że musiałam udać się w dalszą drogę w moim doświadczeniu, aby być i składać świadectwo wielkiej mocy Jezusa Chrystusa. Chociaż trudno jest się dostać pod koniec roku do specjalisty to jednak i tutaj Bóg otwierał przede mną drzwi. Trafiłam do Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach do lek. Adiunkta Stanisława Ochudło. Okazał się jednym z nielicznych lekarzy, którzy znali tą chorobę. Zostałam przyjęta prawie z dnia na dzień. Weszłam do pokoju gdzie siedzieli studenci i lekarz. Zebrano ze mną wywiad i stwierdzono, że jestem dotknięta typowymi objawami dystonii. Za moją zgodą zostałam sfotografowana, gdyż moje mięśnie były bardzo uwypuklone i powiększone. Zaproponowano mi zastrzyk z botoxu (tzw. Jad kiełbasiany), który jest trucizną ale w odpowiedniej ilości powoduje, że mięśnie przestają pracować w skutek paraliżu. Poinformował mnie, że jest to metoda (o ile na mnie zadziała), która nie leczy dystonii, a jedynie może na okres 2 miesięcy wyłączyć „chore” mięśnie. Na wykonanie zastrzyku musiałam poczekać na korytarzu. Modliłam się i wołałam do Boga o słowo co mam zrobić. I wtedy Pan posłał słowo Psalmu 91;9

„Chociaż padnie u boku twego tysiąc,
A dziesięć tysięcy po prawicy twojej,
Ciebie to jednak nie dotknie.”

Odczuwałam strach przed zastrzykiem jednak słowo, które usłyszałam napełniło mnie pokojem. Po zastrzyku kazano mi zapisać się na kolejną wizytę za 3 miesiące. I tym razem złożyłam świadectwo lekarzowi, że jest to dla mnie czas próby i doświadczenia mojej wiary, przez który przeprowadzi mnie mój Zbawca Jezus Chrystus. I wierzę, że nigdy więcej nie będę musiała z tego botoxu korzystać. Oczywiście lekarz z niedowierzaniem w głosie powiedział, że niezależnie czy będę zdrowa czy chora mam się tutaj za 3 miesiące zgłosić. Wracając do domu rozmyślałam o tym czego mam się spodziewać po tym zabiegu. Wcześniej nie miałam odpoczynku ani stojąc ani leżąc. Moje mięśnie stale napinały się. Noc była dla mnie najgorsza. Leżąc moje włosy pocierały o poduszkę szeleszcząc. Tylko kiedy głęboko spałam odpoczywałam, dlatego bałam się obudzić. Prosiłam Pana chociaż o jedna pozycję, w której będę miała możliwość odpocząć. Niestety zastrzyk nie zadziałał tak jak zakładał lekarz. Co prawda moja głowa przestała się szarpać, a jej ułożenie zupełnie się zmieniło. Zostałam całkowicie unieruchomiona. Moja twarz zwrócona była do prawego ramienia z odchyleniem do tyłu. Teraz było jeszcze trudniej. Wychodziłam na dwór tylko z mężem. Nie widziałam co mam pod nogami, ale to co było na niebie zawsze było przed moimi oczami. Chodziłam na masaże do znajomej w przychodni aby zrelaksować się i zapobiec przykurczu mięśni. Robiła to z życzliwości i troski, chociaż nie było to jej obowiązkiem. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. Niejednokrotnie mogłam rozmawiać z nią o Panu Jezusie, o potędze Jego mocy, o łasce jaką nam daje przez śmierć na krzyżu i o życiu jakie mam dzięki Jego miłości i dobroci. Wiem, że dla wszystkich moich współpracowników byłam świadectwem wiary. Chociaż moje ciało było pokrzywione i borykałam się bólami byłam wierna w wyznawaniu zwycięstwa jakie daje mi Chrystus. Bóg użył botoxu aby dać mi odpoczynek. Od tego czasu mogłam leżeć spokojnie, a co więcej potrafiłam leżąc kręcić głową. Kłopot zaczynał się w momencie gdy próbowałam wstać. Obracałam się na bok aby móc uklęknąć i wstać. Wtedy moja twarz natychmiast obracała się w prawo. Nawet jazda samochodem jako pasażer była ciągłą walką z oporem powietrza, gdyż moja głowa opadała do tyłu przy każdym najmniejszym zahamowaniu.

Bóg uświadomił mi, że wszystko zależy od Niego. Otwarcie oczu, czy uniesienie głowy nad poduszką, wszystko jest w Jego rękach. Bez Niego nic nie mogę sama zrobić. Podczas jednego z postów Pan przemówił do mnie Psalmem 30. Odzwierciedlał on moje życie, mój stan i moją nadzieję. Pokazał mi, że muszę stać się sługą dla innych i uważać innych za wyższych od siebie. Byłam szczęśliwa gdy byłam pocieszana ale i napominana. Aż przyszedł czas gdy usłyszałam słowa, których tak bardzo pragnęłam. Były to słowa obietnicy uzdrowienia. I tak jak mój Pan i Zbawca obiecał rozpoczął się proces uzdrowienia. Powoli czułam jak najlepszy Niebiański lekarz zdejmuje z mojego karku jarzmo. Z tygodnia na tydzień powoli moja głowa zaczęła się odkręcać. Doszło do tego, że mogłam spojrzeć w lewo. Jakie to było cudowne uczucie patrzeć na twarze ludzi i widzieć co mam pod nogami. Całymi dniami wielbiłam Boga, śpiewałam i wzdychałam. Czułam się coraz lepiej, ustąpiły „palące” bóle karku. Aż przyszedł czas, gdy mogłam kręcić głową w każdą stronę. Wszyscy, którzy mnie znali i śledzili przebieg mojej choroby byli świadkami Bożego cudu. Nawet neurolog, który pierwszy rozpoznał chorobę do dnia dzisiejszego wierzy, że jest to cud Bożego uzdrowienia. Muszę przyznać, że z ust lekarza trudno jest usłyszeć, że Bóg uzdrawia. Zbliżał się czas mojej kolejnej wizyty w Katowicach. 12. stycznia 2007r. zgłosiłam się do pielęgniarki, którą poinformowałam, że dzisiaj jest czas kolejnego botoxu, ale ja już go nie potrzebuję ponieważ jestem zdrowa. Była bardzo zdziwiona i poszła poinformować lekarza. Prawie natychmiast zostałam zaproszona do gabinetu. Lekarz tradycyjnie wypytał o wszystkie sprawy ze strony medycznej. Gdy skończył mogłam mu przypomnieć słowa wiary, jakie wypowiedziałam 3 miesiące temu. Pamiętał mnie i był zainteresowany. Złożyłam mu świadectwo mojego życia, a przede wszystkim mogłam powiedzieć o mocy krzyża i łasce jaką mam w Jezusie Chrystusie Synu Bożym. Powiedział, że przypadki wyleczenia tej choroby są tak rzadkie, że na ich podstawie pisane są publikacje medyczne. Wiem, że publikacja opisująca mój przypadek nie byłaby za długa. Zawierałoby kilka zdań:

„Nie ma ani na niebie, ani na ziemi takiego Boga,
Jak Ty, który dotrzymujesz przymierza i stosujesz łaskę wobec sług swoich,
Którzy z całego serca Ciebie się trzymają”.

II Kron. 6;14

Jestem dla niego świadectwem, że Bóg jest Bogiem Wszechmogącym i Wszechwładnym i że w Jego rękach są ci, którzy mu ufają i wierzą w Jego obietnice. Jestem Bogu bardzo wdzięczna za doświadczenie, przez które mnie przeprowadził. Bo chociaż wieczorem jest płacz, to jednak rankiem jest wesele dla tych, którzy żyją z łaski. Dziękuję mojemu Niebiańskiemu Ojcu, że zawsze się o mnie troszczy i wiarę moją wzmacnia przez potężne moje świadectwo.

Stenia Waniek
09.2007

Dodaj komentarz

imię*

e-mail* (nie publikowany)

strona www